Relacja z WinterCamp 2012 by Katarzyna Pomykała

Jako że nie chciałam jechać sama  (na starość człowiek mądrzeje) to tak w żartach zapytałam Jędrka czy jedzie ze mną na biwak zimowy. Byłam pewna, że odpowiedź będzie w stylu „oszalałaś!!” Jednak ku mojemu zaskoczeniu i radości, reakcja była zgoła inna. Pomyśleliśmy, że pewnie będzie dużo chętnych, więc się od razu zapisaliśmy…

Potem było nerwowe oczekiwanie na potwierdzenie udziału w biwaku i na wypłatę… sprawdzanie prognoz i szukanie sprzętu…

W końcu dzień przed wyjazdem jadę po śpiwór. I tutaj pierwsze wyzwanie – zmieścić cały sprzęt do plecaka 35l przy czym sam śpiwór
zajmuje ok 22l.  Jeszcze tylko sprawdzam prognozę pogody mając w głębi duszy nadzieję, że w rzeczywistości może jednak będzie trochę cieplej…

Niestety inne źródła tylko potwierdzają tą prognozę, zapowiada się siarczysty mróz, jadę z nastawieniem, że w ostateczności ucieknę
spać do schroniska:

http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,44425,11126728,Przed_nami_kolejna_zimna_noc__Nawet__32_stopnie.html

 

Piątek, 10 luty

Pobudka 5.00 rano, śniadanie, dochodzę do wniosku, że ubiorę na siebie ile się da, bo i tak w plecaku mi się nic więcej nie zmieści, a może
akurat tramwaj nie będzie ogrzewany i nie będzie mi za gorąco? Okazuje się, że w Krakowie nad ranem jest poniżej -20 stopni…. Także wcale mi nie jest za gorąco. W tramwaju wzbudzam ogólne zainteresowanie swoją osobą (duży plecak, obwieszony sprzętem jak choinka, narty w ręce i buty skiturowe na nogach… to taki powszechny obrazek o 6.00 rano w tramwaju. Dojeżdżam linią 24 do Kurdwanowa, przepakowuję się do samochodu Jędrzeja i o godzinie 7.00 wyjeżdżamy.

 

Zapowiada się ciekawie….

W Nowym Targu jesteśmy koło 8.40 podjeżdżamy pod kościół w Kowańcu gdzie zostawiamy auto i dalej idziemy na piechotę. Na pętli autobusowej spotykamy więcej uczestników. Zimno pierońsko. Mam na sobie chyba wszystko co ze sobą wzięłam oprócz zestawu do spania. Po chwili z góry zbiega dwóch zdyszanych organizatorów, którzy po wyregulowaniu oddechu idą z nami na Turbacz

Początek mozolny, narty w ręku 15kg na plecach, idzie się strasznie. Szczególnie po asfalcie. na szczęście wkrótce pojawia się śnieg,
zakładam foki i powoli napieram. Im wyżej tym idzie mi się coraz lepiej…. Na grani piękne ośnieżone choinki, robi się coraz lepsza pogoda:

Żółw też nosi swój domek na plecach….

Po przyjściu na miejsce od razu idziemy się rozbić na polance koło schroniska:

Męczące jest to kopanie…. Kaśka zostaw ten aparat i chodź kopać ze mną!

Potem szybki obiad i o godz. 15.00 oficjalne rozpoczęcie biwaku:

Chłopaki odpalają ABS-a

Zaraz po rozpoczęciu pierwsze szkolenie sprzętowe. Krzysiek pokazuje nam jak zakładać i chodzić w rakietach:

Idziemy na polankę przetestować sprzęt:

Ja mam tylko buty skiturowe, więc idę na nartach.

Krótki zjazd polanką, zakładam foki i z powrotem do góry!!
Niestety jest taki mróz, jedna foka notorycznie mi się odkleja i dwa razy prawie ląduję paszczą w śniegu :-) Pierwszy raz mi się coś takiego zdarzyło. Dobrze, że teraz na krótkim podejściu a nie w terenie. Powrót do góry z nartami w ręku…

Dalsza część szkolenia odbywa się w schronisku. Krzysiek pokazuje nam jak regulować plecak, demonstruje różne rodzaje paneli
słonecznych, robimy test kuchenki gazowej i benzynowej, gadamy o ciuchach, śpiworach i płachtach biwakowych (które najlepsze, jak prać i jak impregnować), a na koniec odpalamy drugiego ABS-a

Po szkoleniu kolacja i prelekcja Piotrka Smurawy o psich zaprzęgach i tresowaniu psów i Jaśka Meli o wyprawach, o motywacji, o wspólnej pomocy i o przełamywaniu barier. Jasiek rządzisz, dzięki ludziom takim jak Ty człowiek naprawdę zaczyna bardziej wierzyć w siebie i swoje możliwości

Później jeszcze tylko jakaś kanapka na kolację, kubek gorącej herbaty i zbieramy się do noclegu. Przyznam szczerze, że jestem cykor,
i się bałam pierwszej nocy. Przerażała mnie myśl, że może być nawet -30 stopni. Wprawdzie nie było mi zimno, śpiwór sprawdził się znakomicie, jednak człowiek ma czasem dziwne myśli :) W końcu jednak, mimo chrapania kolegi, udało mi się nad ranem zasnąć

 

Sobota, 11 lutego

Poranek zapowiada się przepięknie:

Idziemy do schroniska coś zjeść, zaraz po śniadaniu rozpoczyna się następne szkolenie – biwakowanie. Na początek Wojtek i Jędrek
pokazują nam różne rodzaje raków i czekanów, różne techniki podchodzenia w rakach, hamowanie czekanem i dupozjazdy (coś czego mi do tej pory brakowało – czyli żeby mi ktoś doświadczony pokazał jak się to profesjonalnie robi). Jest też trochę teorii na temat stanowisk. Wychodzi na to, że najlepsze buduje się z deadmana. Ktoś się pyta: „Ale czemu to się w takim razie nazywa deadman?” „Bo jak wypadnie… to od razu jest dead man”

W międzyczasie inna grupa ma szkolenie medyczne, niosą dwóch poszkodowanych do schroniska:

Potem idziemy kopać jamę śnieżną. Śniegu jest pod dostatkiem, więc możemy pofolgować naszej wyobraźni.

Dzień wcześniej poprzednia grupa wykopała już trzy małe jamy obok siebie, my mamy za zadanie połączyć je w jeden system

No to kopiemy!!

Idziemy zwiedzać

Taką zajebistą jamę zrobiliśmy

Można było przetestować różne rodzaje łopatek

Potem obiad, a po obiedzie następne szkolenie – lawinowe.
Najpierw trochę teorii:

Potem ubieramy się i idziemy z chłopakami z GOPR-u przetestować sprzęt lawinowy w terenie.

Na początek symulacja zasypania w lawinie – chętni mogli sprawdzić jakie to uczucie być zasypanym (to be precise – zakopanym), a my
mogliśmy sprawdzić jaka jest różnica między sondowaniem w śniegu a w miejscu gdzie jest człowiek:

Potem szukanie zasypanego z użyciem pipsa, sondy i łopatki. Mieliśmy okazję przetestować nowy trzy antenowy detektor Piepsa DSP ALPIN i
muszę powiedzieć, że jest szybki i prosty w obsłudze. Jedynie do czego można się przyczepić to nie wiem jak przełączanie trybów działa w grubych
rękawiczkach.

Tatry tego dnia prezentują się przepięknie:

Następna część szkolenia to techniki szukania z użyciem psa lawinowego (a nawet dwóch, tylko tego drugiego nie widać, bo się schował w
kłębek

Zakopujemy delikwenta w plastikowej rurze, a pies go zaraz będzie szukał. Trzeba pamiętać, że jeśli kiedykolwiek pies odkopie was z lawiny, to po pierwsze trzeba mu dać coś dobrego, a po drugie trzeba się z nim pobawić

Na wieczór zaplanowane było ognisko z kiełbaskami. Później pożyczamy statyw i idziemy z Pawłem zrobić kilka zdjęć nocą. Widok na Spisz i wyciągi narciarskie w Jurgowie, Czarnej Górze i Białce Tatrzańskiej:

Schronisko wygląda nieziemsko w tej scenerii (niestety nieostre bo autofocus nie łapał w takiej ciemności a w grubych rękawiczkach nie
udało mi się dobrze ustawić aparatu…)

Później kolejna prelekcja z Piotrkiem Smurawą, po nim trzy dziewczyny, które wybierają się w tym roku na Spitzbergen (więcej info tutaj:
http://www.spitsbergen-polishfemaleexpedition.pl/) a na sam koniec Piotr Pustelnik, który uraczył nas anegdotkami z wypraw

Niedziela, 12 luty

Tym razem dużo lepiej przespana noc, rano humory dopisują. Wszyscy mają colę, mam i ja!

Zaraz po śniadaniu poczęstunek: kawa, herbata i ciasto, a na zakończenie gra terenowa, w której trzeba się było wykazać wiedzą zdobytą na
szkoleniach oraz umiejętnością szybkiego biegania. Najlepsza grupa została od organizatorów nagrody.

O godzinie 10.30 oficjalne zakończenie biwaku i pożegnanie wszystkich uczestników :(

Jeszcze pamiątkowe zdjęcia przed schroniskiem:

….i trzeba zwinąć obóz:

Ekipa ostrowiecko-kielecko-łódźka

A teraz sobie zjadę!!

Idą żółwie, idą na dół….A ja jadę… Turystyka skiturowa spotyka turystykę rowerową, zdziwienie było obopólne

Okoliczności przyrody jeszcze lepsze niż w piątek:

Na sam koniec pomyliłam zakręty i zamiast do pętli żółtym szlakiem to znowu zjechałam do Jodły

Żegnam się z chłopakami, oni wracają do domu, ja jeszcze zostaję jeden dzień na Podhalu.

Dużym plusem całego szkolenia było to, że można było w bezpiecznych warunkach przetestować sprzęt (np. śpiwór który widziałam po raz
pierwszy na oczy dzień wcześniej) oraz wyłapać błędy czy też sytuacje, z którymi w przyszłości będzie trzeba sobie radzić samemu.

Poza tym w każdej chwili można było iść do ciepłego schroniska napić się i zjeść coś ciepłego lub umyć w gorącej wodzie (co było
dla mnie miłym zaskoczeniem, bo jeszcze w zeszłym roku w schrosniku był problem z ciepłą wodą) czy też po prostu porozmawiać z innymi uczestnikami. Jedyny minus jeśli o mnie chodzi to… długość całej imprezy – jak dla mnie byłoby super gdyby trwała ona do niedzieli wieczorem No ale rozumiem, że niektórzy muszą jeszcze dojechać do domu….

 

Na tej imprezie nauczyłam się dużo praktycznych i pożytecznych rzeczy i mogłam sprawdzić sprzęt w terenie. Mimo, że nie było
czasu z każdym porozmawiać, to poznałam dużo fajnych ludzi. Pozdrawiam wszystkim serdecznie i jeszce raz dzięki za wspólnie spędzony czas

 

Chciałam również serdecznie podziękować:

Piotrkowi za cierpliwość ;)

Jarkowi za śpiwór

Ani za karimatę

Jędrzejowi za namiot i towarzystwo

 

bez Waszej pomocy raczej nie przetrwałabym nocy :))

Partnerzy WinterCamp 2018

WinterCamp16